Dziedzictwo Davida Robinsona w San Antonio Spurs: od kadetów Akademii Marynarki Wojennej po dwukrotnego mistrza NBA

13

David Robinson nie tylko wszedł na scenę NBA. Pojawił się tam w stopniu oficerskim. Urodzony 6 sierpnia 1965 roku w Key West na Florydzie Robinson dźwigał ciężar służby wojskowej wraz ze swoim potencjałem sportowym. Stał się jednym z najbardziej dominujących ośrodków w historii koszykówki, prowadząc San Antonio Spurs do mistrzostwa jeden po drugim w latach 1999 i 2003.

Zanim został „admirałem”, był po prostu żołnierzem marynarki wojennej. Uczęszczał do Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Annapolis w stanie Maryland. Zespół dotarł do turnieju NCAA w 1985, 1986 i 1987. W ostatnim sezonie w college’u Robinson był prawdopodobnie najlepszym graczem w kraju. Jednak w 1987 roku Spurs podjęli ogromne ryzyko. Wybrali go numer jeden. Warunkiem było jednak odbycie dwóch lat czynnej służby w amerykańskiej marynarce wojennej. W tym czasie nie grał dla San Antonio. Nie zmierzyłby się nawet z elitarnymi przeciwnikami. To był zakład. Niektórzy obserwatorzy uznali to za błędne.

Pełnił funkcję inżyniera budownictwa lądowego. Następnie, w 1989 roku, ostatecznie dołączył do Spurs.

Jego debiut był wybuchowy. W każdym meczu notował średnio 24,3 punktu, 12 zbiórek i 3,9 bloków. Został uznany za najlepszego debiutanta roku. Spurs wygrali o 35 meczów więcej niż w poprzednim sezonie. Do tego momentu był to najlepszy roczny postęp w historii ligi. W następnym roku został powołany do pierwszej drużyny All-NBA i All-Defensive Team. Spurs przegrali już w pierwszej rundzie play-offów.

Tutaj zmieniła się fabuła. Robinson był pełen wdzięku. Na ringu używał zwodów i techniki. Było to sprzeczne z tradycyjną sprawnością fizyczną ośrodków NBA. Krytycy zaczęli określać go jako „nijakiego”. Mówili, że nie potrafi wygrywać ważnych meczów.

Zignorował hałas. Kontynuował zbieranie nagród. W 1992 roku został wybrany Defensywnym Graczem Roku. W 1995 roku otrzymał nagrodę dla najbardziej wartościowego zawodnika (MVP). W 1996 roku znalazł się na liście 50 najlepszych graczy w historii NBA. Jednak jego drużyny regularnie rozczarowywały się w play-offach. Indywidualna doskonałość nie przełożyła się na mistrzowskie pierścienie.

Zmieniło się to w sezonie 1998–99.

Robinson połączył siły z mocnym napastnikiem Timem Duncanem, który grał w lidze już drugi rok. To nie była tylko chemia. To była konieczność. Duncan zapewnił moc. Robinson – łaska. Razem poprowadzili Spurs do pierwszego w historii klubu mistrzostwa NBA. To przerwało suchą passę. Zniszczyło to „miękką” etykietę.

Zrobili to ponownie. Duet zdobył kolejny tytuł w sezonie 2002-03. To był ostatni akt Robinsona. Po tej zwycięskiej serii przeszedł na emeryturę.

Kiedy odchodził na emeryturę, jego statystyki były zdumiewające. Znalazł się na liście 25 najlepszych graczy w historii NBA pod względem punktów w karierze. Pod względem zbiórek był liderem ligi. Pod względem zablokowanych strzałów zajął czwarte miejsce w historii.

Jego wpływ wykraczał poza NBA. Zdobył złoto z reprezentacją USA w koszykówce mężczyzn na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Słynny „Dream Team”. Dodał drugi złoty medal na Igrzyskach w Atlancie w 1996 roku. Dominacja była stała.

W 2009 roku został wybrany do Koszykarskiej Galerii Sław Naismith Memorial. Zakład się opłacił. Ukształtowała go służba. Pierścienie mistrzowskie potwierdziły wszystko. Ale czy dziedzictwo Admirała w stosunku do współczesnych ośrodków jest nadal tak wspaniałe, czy też gra po prostu poszła dalej? Statystyki pozostają. Pierścienie zostają. Masz pytania dotyczące jego „miękkości”? Zostały już dawno rozwiązane, ale w pamięci pozostał obraz zawodnika, który jedną ręką potrafił wsadzać, a drugą podawać.